Mane, tekel, fares

Stało się. Pomimo usilnych i nieustannych protestów prowadzonych przez środowiska patriotyczne, w dniu wczorajszym nastąpiła ratyfikacja przez Polskę paneuropejskiej konstytucji, znanej powszechnie pod nazwą traktatu z Lizbony. Prezydent Lech Kaczyński, składając polską niepodległość na ręce unijnej administracji, abdykował na rzecz nowo tworzonego europejskiego superpaństwa i jednym podpisem zdegradował swój urząd do rangi nic nieznaczącego prezydenta euroregionu. Oto koniec suwerennej Rzeczpospolitej. Zważono, policzono, podzielono.

Co gorsza, wczorajsza ratyfikacja złowrogiej unijnej konstytucji odbyła się bez jakiegokolwiek uprzedniego zabezpieczenia nędznych resztek polskiej suwerenności. Pomimo wcześniejszych ustaleń, nie doszło do uchwalenia jakiejkolwiek ustawy kompetencyjnej, mającej na celu ograniczenie obcych wpływów w wewnętrzne sprawy naszego kraju. Wobec takiego stanu rzeczy, potępienia godny jest pośpiech, z jakim polski prezydent złożył swą sygnaturę pod ubranym w piękne szaty pospolitym aktem zdrady.

Szczerze przyznać muszę, iż Lechowi Kaczyńskiemu ufałem do samego końca. Ślepo trwałem w przekonaniu, iż traktat lizboński nie zostanie w Polsce ratyfikowany, a prezydencką obietnicę złożenia podpisu pod rzeczonym dokumentem zaraz po drugim irlandzkim referendum uznawałem wyłącznie za dyplomatyczną grę na czas i umyślną zwłokę w oczekiwaniu na dalszy rozwój wydarzeń. Jakkolwiek, ponure deklaracje Kaczyńskiego okazały się być szczere. Prezydent, zamiast wytrwale stać na straży powierzonej mu przez Naród polskiej niepodległości, wolał ucieszyć media.

Jeśli pan prezydent myślał, iż składając swój podpis pod traktatem z Lizbony, zyska sobie większą popularność w społeczeństwie, to grubo się pomylił. Ci, którzy wieść o wczorajszej ratyfikacji przyjęli z zadowoleniem, i tak nigdy nie oddaliby swego głosu na polityka Prawa i Sprawiedliwości. Natomiast zwolennicy Lecha Kaczyńskiego, będący w znacznej części zdecydowanymi przeciwnikami eurokonstytucji, z pewnością poważnie zastanowią się nad ponownym oddaniem głosu na swego dotychczasowego kandydata…

Doprawdy, wielce ceniłem sobie osobę prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Niezmiernie przykro mi zatem, iż wszystkie jego dotychczasowe służące dobru Polski dokonania na zawsze pogrążą się w cieniu haniebnego czynu, jakiego dopuścił się on dnia 10 października 2009 roku.

Published in: on 11 Październik 2009 at 23:13  Komentarze (4)  

Kłótnie, skandale, rocznice

Witam po długiej przerwie. Korzystając z krótkiej chwili wolnego czasu, którą to chwilę z trudem wygospodarować mi się udało spośród napiętego harmonogramu, postanowiłem zmieść kurz i pajęczyny, którymi porosnąć zdążyła niniejsza strona i napisać ten oto nowy tekst, w którym w telegraficznym skrócie zawarłem myśli, jakie skłębiły się w mojej głowie na przestrzeni ostatnich dni.

Na początek pozwolę sobie poruszyć kwestie polityczne, a mianowicie skomentuję pożałowania godne wydarzenia, które miały miejsce w Sejmie za sprawą swoistej „burzy”, jaką wywołał zaproponowany przez Prawo i Sprawiedliwość projekt uchwały upamiętniającej siedemdziesiątą rocznicę sowieckiej napaści na Polskę. Cóż, wszystko wskazuje na to, iż co poniektórym zasiadającym w sejmowych ławach posłom niezwykle trudno jest się odciąć od dawnej ideologii, wyznawanej przez nich w czasach, kiedy nad naszym Białym Orłem nie było korony. Do granic bezczelności (wątpię, aby była to po prostu ignorancja) posunął się pewien znany sejmowy awanturnik – Stefan Niesiołowski, który publicznie zanegował ludobójczy charakter zbrodni katyńskiej… Oto cała polska polityka historyczna.

Pozostając w temacie obrad parlamentarnych – na ostatnim posiedzeniu Sejmu, większością głosów, już w pierwszym czytaniu odrzucony został obywatelski projekt ustawy przewidującej nowelizację kodeksu karnego poprzez wprowadzenie całkowitego zakazu procedur zapłodnienia in vitro, eksperymentów na embrionach oraz handlu ludzkimi zarodkami. Porażka tej inicjatywy boli mnie tym bardziej, iż osobiście zaangażowałem się w zbieranie podpisów pod rzeczonym projektem. Zastanawiające, iż przeciwko proponowanym zmianom – przeciwko życiu opowiedzieli się ci sami posłowie, którzy nierzadko publicznie obnoszą się ze swym rzekomym przywiązaniem do wiary katolickiej. Najwyraźniej, albo zapomnieli oni, iż prawdziwa wiara to nie tylko deklaracje, lecz przede wszystkim czyny, albo swojej „katolickości” obłudnie używają wyłącznie do celów marketingowych. Smutne, ale prawdziwe.

Koniec politykowania o kwestiach bieżących! Czas przejść do wątku zasługującego już bardziej na miano historycznego. Otóż w minioną sobotę przypadła dwudziesta rocznica utworzenia słynnego pierwszego rządu „wolnej Polski” (czy, jak kto woli, „ostatniego” rządu PRL). Z tej okazji przygotowano dla nas okolicznościowe plakaty, którymi oblepiano miasto, w Sejmie odbyły się pamiątkowe uroczystości, a gazety wydrukowały wspomnieniowe artykuły. A ludzie się cieszyli. Jak widać, lata propagandy serwowanej przez medialne imperium Adama Michnika zrobiły swoje – mało kto zdaje dziś sobie sprawę, czyje interesy tak naprawdę reprezentował rząd Tadeusza Mazowieckiego. Chęć szczegółowego omówienia tematu wiązałoby się z koniecznością napisania odrębnego artykułu, pozwolę więc sobie polecić tekst prof. Kucharczyka pt „Rząd zmarnowanych szans”:  http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20090912&typ=my&id=my51.txt

Nie zapominajmy, iż 12 września to również rocznica słynnej bitwy pod Wiedniem 1683 roku, podczas której dowodzona przez Jana Sobieskiego odsiecz odbiła austriacką stolicę z rąk tureckich i powstrzymała dążącą do serca Europy pogańską nawałę. Owa zwycięska bitwa bez wątpienia ocaliła cały Stary Kontynent, a tym samym Polskę; jakkolwiek, patrząc z perspektywy czasu, zastanawia mnie, na ile ta ofiara polskich żołnierzy była potrzebna? Wszak, po pierwsze, na Zachodzie i tak już nikt prawie nie pamięta, że w bitwie pod Wiedniem bili się Polacy. Po drugie – to, czego przed 376 laty bisurmańskie plemiona nie zdobyły zbrojnie, dziś przejmują poprzez masową imigrację i niepohamowany pęd reprodukcyjny. A Europejczycy, omamieni politycznie poprawnymi sloganami, z uśmiechem na ustach i z otwartymi ramionami przyjmują na swe ziemie obcy, pogański żywioł.

À propos stosunków chrześcijańsko-muzułmańskich – w ostatnich dniach odbył się w Krakowie Międzynarodowy Kongres dla Pokoju, w którym uczestniczyli przedstawiciele wszystkich Kościołów chrześcijańskich oraz żydowskich i muzułmańskich wspólnot wyznaniowych. Brzmi pięknie, przynajmniej poprzez pryzmat dzisiejszego pojęcia szczytności ideałów. Jakkolwiek, wielu katolików poczuło się wielce zbulwersowanymi i dotkniętymi świętokradczymi ekscesami, jakich dopuścił się gospodarz imprezy, kard. Stanisław Dziwisz, uprawiając wspólną „modlitwę” z żydami i muzułmanami – wyznawcami całkowicie odmiennych, nierzadko wrogich sobie koncepcji monoteistycznych. Zastanawia mnie jedno – do kogo chrześcijanie i muzułmanie wznosili swe wspólne modły? Do naszego Boga, który jest miłością, czy też do wzywającego do nienawiści i nakazującego zabijanie innowierców Allacha?

To tyle na dziś. Postaram się pisywać częściej. Pozdrawiam wszystkich czytelników!

Published in: on 14 Wrzesień 2009 at 18:15  Komentarze (13)  

70. rocznica wybuchu drugiej wojny światowej

Dnia 1 września 1939 roku, dokładnie 70 lat temu, dywanowym nalotem na Wieluń rozpoczęła się druga wojna światowa. Barbarzyńskie wojska niemieckie bez wypowiedzenia wojny wtargnęły w granice Rzeczpospolitej i, dokonując bestialskich mordów na ludności cywilnej, w myśli idei „Drang nach Osten” nacierały wgłąb naszego kraju. 17 września na pomoc Niemcom przyszła dorównująca im w okrucieństwie Armia Czerwona. Osamotnione bohaterskie Wojsko Polskie broniło się nad wyraz dzielnie, przez pełne pięć tygodni zaciekle stawiając opór najeźdźcom. Niestety, wobec kilkukrotnej przewagi sił wroga, pomimo największych starań i olbrzymiej ofiary krwi, armia polska zmuszona była skapitulować. Na gruzach podbitej Polski wrogie mocarstwa dokonały jej czwartego rozbioru, ustanawiając wzajemną granicę na linii Bugu. Wkrótce potem rozpoczęły się masowe mordy i prześladowania, mające na celu zniszczenie polskiego narodu.

Dnia 1 września 1939 roku miał swój początek najstraszliwszy kataklizm, jaki kiedykolwiek w historii nawiedził polską ziemię. Druga wojna światowa to przede wszystkim śmierć milionów istnień ludzkich, zamęczonych i wymordowanych przez okrutnych okupantów. Również i ci, którym udało się przeżyć nierzadko doświadczyli osobistej tragedii w postaci śmierci swoich bliskich, czy też utraty materialnego dorobku całego życia. Wojenna katastrofa wywarła nieprzemijające piętno na psychice wszystkich Polaków, którzy zmuszeni byli być świadkami rozlicznych zbrodni dokonywanych przez nieludzkich wrogów.

Nie jest możliwe, aby nawet w przybliżeniu określić liczbę Polaków, których życie pochłonęła druga wojna światowa – najniższe szacunki podają liczbę dwóch i pół miliona zabitych, jednakże faktyczne żniwo śmierci było zapewne znacząco wyższe. Ani Niemcy, ani tym bardziej sowieci nie prowadzili żadnej rzetelnej dokumentacji ofiar swoich nieludzkich zbrodni. Nie poznamy nigdy pełnej listy Polaków zamęczonych w niemieckich obozach koncentracyjnych, nie dowiemy się również, ilu naszych rodaków anonimowo oddało życie w sowieckich łagrach. Na zawsze tajemnicą pozostanie dokładny bilans śmiertelnego żniwa, jakie przyniosły ze sobą masowe egzekucje oraz pojedyncze skrytobójcze morderstwa dokonywane na Polakach przez bestialskich wrogów. Żaden historyk nigdy nie będzie w stanie oszacować liczby ofiar, jakie pochłonęło ludobójstwo dokonane przez Ukraińców na Polakach zamieszkujących wschodnią Galicję…

Dokonując masowych aresztowań i mordów, okupanci starali się przede wszystkim zniszczyć polską elitę. Zarówno Niemcy, jak i sowieci, na podstawie przygotowanych wcześniej list, wyłapywali i zabijali wszystkie cenione wśród polskiego społeczeństwa jednostki – naukowców, polityków, ludzi kultury i sztuki, oficerów, sportowców oraz wszystkich tych, którzy rangą swojej osobowości nie pasowali do szarej, pustej masy, jaką w myślach bezlitosnych zaborców stanowić miał nowy, pozbawiony elity, zniszczony polski naród. Symbolami tych masowych eksterminacji elity stały się, po stronie niemieckiej – Palmiry oraz Sonderaktion Krakau, a po stronie sowieckiej – owiany ponurą sławą Katyń.

Bilans drugiej wojny światowej to także olbrzymie straty materialne – zrównana z ziemią stolica, dziesiątki zniszczonych polskich miast, a także rozgrabione i splądrowane dzieła kultury i sztuki, których unicestwienie odbyło się zgodnie z programem planowego zniszczenia naszego narodu wraz z wszelkim jego dziedzictwem. Trudno wprost przecenić ogrom strat, jaki okupanci zadali naszemu gromadzonemu przez stulecia materialnemu dorobkowi kulturalnemu.

Pisząc o stratach, których Polska doznała wskutek drugiej wojny światowej, nie sposób nie wspomnieć o wyjątkowo dotkliwym ciosie, jakim była utrata liczącego sobie 180 tysięcy kilometrów kwadratowych polskiego terytorium, wcielonego po wojnie do Związku Sowieckiego i po dzień dzisiejszy znajdującego się poza granicami naszego kraju. Wraz z przepadkiem Kresów rozpoczęła się ich masowa, trwająca aż do dziś brutalna depolonizacja, a zamieszkująca tamte ziemie polska ludność, jeśli udało jej się przeżyć wojnę, poddana została okrutnym, przymusowym przesiedleniom. Rdzennie polskie miasta, takie jak Lwów, czy też Wilno, opanowane przez napływowy obcy żywioł, popadły w ruinę…

W dzisiejszych czasach istnieje tendencja do przemilczania ogromu ofiar i strat, jakich Polska doznała podczas drugiej wojny światowej. Umniejsza się również nasze rozliczne zasługi i niezastąpiony wkład w zwycięstwo aliantów na hitlerowskimi Niemcami. Owe tendencje mają swoje podłoże polityczne – zapominanie i fałszowanie dziejów stanowi nieodłączny element polityki historycznej prowadzonej przez obce państwa, które polski wkład w pokonanie Hitlera bardzo chętnie przyjmują na swoje konto. Przykładowo – na Zachodzie nie upamiętnia się walczących o Anglię polskich lotników, ani Polaków, którzy złamali kody Enigmy, za to oddaje się cześć pilotom RAF i brytyjskim kryptologiom. Nie mówi się o bohaterskiej obronie Polski w 1939 roku, ani o zaciekłym ruchu oporu podczas okupacji, gdyż wiązałoby się to z upokorzeniem Francji, która, uchodząc za militarną potęgę, podczas niemieckiego ataku broniła się dokładnie tyle samo czasu, co Polska, a po podbiciu przez Wehrmacht rozpoczęła kolaborację z Niemcami. Poza tym, przypominanie o polskich zasługach podczas drugiej wojny światowej rodziłoby niepotrzebne wątpliwości dotyczące sytuacji politycznej, w jakiej zachodnie mocarstwa pozostawiły Polskę po wygranej przez siebie wojnie.

Natomiast wszechobecne przemilczenia dotyczące ogromu ofiar i strat, poniesionych przez Polskę podczas drugiej wojny światowej, służyć mają prowadzonej przez potomków zbrodniarzy działalności, mającej na celu wybielenie własnej historii. Tak więc nadmierne eksponowanie polskiej martyrologii godziłoby w podejmowane przez Niemców próby załagodzenia obrazu dokonanych przez nich zbrodni. Podobnie rzecz się ma po stronie Rosji – spadkobierczyni barbarzyńskiego imperium, jakim był Związek Sowiecki. Podnoszenie kwestii mordów, jakich sowieci dopuszczali się na Polakach, nie szłoby w parze z kreowaniem wizerunku ZSZR jako wyzwoliciela Europy, stawiając go w jednym szeregu ze zbrodniczą III Rzeszą. Nie byłoby to na rękę kontynuującemu sowieckie tradycje dzisiejszemu państwu rosyjskiemu.

Tego typu postawy prowadzą do popularnego w ostatnich dniach wypierania się odpowiedzialności za wybuch drugiej wojny światowej oraz prób odwrócenia biegunów osi kat-ofiara. Dzisiejsi Niemcy wszelkimi dostępnymi środkami starają się wymazać ze swego narodowego sumienia dokonane przed kilkudziesięciu laty zbrodnie i uczynić z siebie poszkodowany naród. Kanonizacji tego mitu służyć mają przeróżne bajki dotyczące rzekomej opozycji antynazistowskiej – Niemcy chętnie zapominają o bezgranicznym poparciu społecznym, jakim cieszył się wśród nich Adolf Hitler, i nie chcą pamiętać o zbrodniach dokonanych przez swoich przodków.

Z kolei Rosja, główna winowajczyni tragedii drugiej wojny światowej, wciąż bezczelnie serwuje światu tę samą kłamliwą propagandę, którą przez dziesięciolecia trwania Związku Sowieckiego niczym dogmatami karmiono zniewolone przezeń narody. Rosyjscy możnowładcy oburzają się na każdy skierowany w ich stronę głos sprzeciwu, zaprzeczają podstawowym prawdom historycznym i za żadne skarby nie chcą przyjąć na swój kraj odpowiedzialności za wybuch drugiej wojny światowej i śmierć milionów istnień ludzkich. Szukając sprawców jak najdalej od siebie, posuwają się do granic absurdu, na przykład oskarżając Polaków o paktowanie z Hitlerem…

Z przykrością stwierdzić należy, iż za sukcesy tego typu wrogiej polityki po części odpowiedzialni są sami Polacy, niepotrafiący zadbać o przetrwanie własnej narodowej pamięci i niechętnie głoszący prawdę na temat swojej przeszłości – czy to z lenistwa, czy też z wypływającej z konformizmu obawie przed międzynarodowymi nieprzyjemnościami. Postawie takiej z radością przyklaskują obce kraje, które, żerując na naszym milczeniu, bezczelnie uprawiają swoją politykę kłamstwa. Wmawiają nam przy tym, iż zobowiązująca nas europejska „przyjaźń” zabrania wypominania wzajemnych krzywd. Należy z całą mocą podkreślić, iż kiedy we wzajemnych stosunkach nie ma szczerości ani uczciwości, a zamiast tego pełno jest przekłamań i uciekania od odpowiedzialności, nie ma mowy o jakimkolwiek pojednaniu. Gdzie nie ma skruchy, nie ma przebaczenia.

W dzisiejszych czasach, kiedy wszechobecne są tendencje do fałszowania i zapominania tak bolesnej, i zarazem tak ważnej dla nas historii, musimy jak najusilniej walczyć o prawdę i o narodową pamięć. Obowiązkiem każdego Polaka powinna być przede wszystkim troska o przetrwanie polskości i służąca temu celowi pielęgnacja własnych dziejów. My, Polacy, nie możemy pozwolić na to, aby naszą historię pisał za nas kto inny. Poznawajmy prawdę i przekazujmy ją dalej!

Published in: on 1 Wrzesień 2009 at 11:02  Dodaj komentarz  

89. rocznica nadwiślańskiej Victorii

Szesnaście wiorst i Europa! – z nieukrywanym entuzjazmem oznajmił stojącej na przedmieściach Warszawy sowieckiej armii jej naczelny komisarz, Lew Trocki (Lejba Bronstein). Z wysokich wież nadwiślańskich kościołów już od kilku dni dostrzec można było dymy pożarów wzniecanych przez nadciągające ze wschodu bolszewickie hordy. Zdesperowana ludność miejska powszechnie wspierała polską armię, składając w ofierze nierzadko oszczędności całego życia. Zgromadzeni w świątyniach wierni godzinami orędowali o pomoc do Tronu Niebieskiego, a każdy, ktokolwiek w stanie był udźwignąć karabin, ochotniczo zaciągał się w szeregi Wojska Polskiego, aby walczyć w obronie dopiero co odzyskanej przez Polskę niepodległości.

Sytuacja militarna na froncie w przededniu 15 sierpnia 1920 roku była niewątpliwie tragiczna. Armia polska od dwóch miesięcy znajdowała się w odwrocie, a żądna podboju i grabieży Armia Czerwona, dotarłszy na linię Wisły, przygotowywała się do generalnego szturmu na Warszawę – ciosu, który w razie powodzenia zadać miał Polsce ostateczną klęskę. Byt niepodległego państwa polskiego, jak i Polski w ogóle, wisiał na włosku.

Warto zaznaczyć, że dnia 15 sierpnia 1920 roku na przedpolach Warszawy ważyły się losy nie tylko państwa polskiego, ale i całego Starego Kontynentu. Cel sowieckich przywódców był jasny – po trupie Polski do Europy, które to pragnienie dobitnie wyrażone zostało w zacytowanych na wstępie słowach Lwa Trockiego. Armia Czerwona, podbiwszy polskie ziemie, bez zwłoki skierować się miała do zagrożonych wybuchem krwawej rewolucji osłabionych Niemiec, a następnie dalej na Zachód. „Nim minie lato, a przemkniecie ze stukotem kopyt ulicami Paryża” – tymi oto słowami sowiecki marszałek Michaił Tuchaczewski zagrzewał do boju swoich kawalerzystów. Historycy zgodni są, co do tego, iż wizja ta była jak najbardziej realna…

Jakkolwiek, Opatrzność Boża wysłuchała żarliwych modlitw Narodu Polskiego, wspieranych przez papieża i biskupów całej Europy. 15 sierpnia, w uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, królowej Polski i patronki Polaków, sytuacja na froncie uległa cudownemu odwróceniu – wyprowadzone przez polską armię bohaterskie kontruderzenie zatrzymało toczącą się niczym walec sowiecką ofensywę, odpychając bolszewicki żywioł spod Warszawy i sprowadzając go do defensywy. Bój o Polskę i Europę został wygrany.

Bitwę warszawską 1920 roku bezspornie uznaje się za jedną z najistotniejszych batalii w dziejach całego świata i stanowić powinna ona dla Polaków olbrzymi powód do dumy. Powód o tyle wyjątkowy, iż zwycięstwo nad Wisłą odbyło się przy wyłącznym udziale i wysiłku Narodu Polskiego, dzielnie walczącego z bolszewickim żywiołem bez żadnego wsparcia zza granicy. Podczas gdy osamotnione Wojsko Polskie zmuszone było stawić czoła wrogim sowieckim najeźdźcom, opętani kominternowską propagandą przywódcy państw zachodnich próbowali wręcz zmusić Polaków do kapitulacji, celem zapewnienia sobie względnego spokoju na kontynencie. Jakkolwiek, polska determinacja, hart ducha i wola walki zwyciężyły nad antypolskim obcym szemraniem i pozwoliły Polakom w wielkim stylu pokonać czerwonego tytana.

Bądźmy dumni ze swojej historii!

Published in: on 15 Sierpień 2009 at 12:24  Komentarze (9)  

Niechciana energia

Bez obaw zaryzykuję stwierdzenie, iż każdy czytelnik niniejszego tekstu posiada choć minimalne pojęcie na temat genialnego wynalazku natury, jakim jest fotosynteza – proces polegający na wytworzeniu materii organicznej z wszechobecnego w atmosferze dwutlenku węgla przy udziale energii świetlnej. Już od samego momentu odkrycia szczegółów mechanizmu fotosyntezy niezliczone rzesze naukowców na całym świecie bezskutecznie próbowały przeprowadzić rzeczony proces w laboratoryjnej probówce. Zdawałoby się, że elektrownie przerabiające spaliny na paliwo funkcjonować mogłyby wyłącznie na kartach nowatorskich powieści science-fiction. Jakież więc było me zdziwienie, gdy ze stronic dzisiejszej gazety dowiedziałem się, iż sztuka opracowania zaskakująco opłacalnej metody wytwarzania benzyny z dwutlenku węgla udała się Polakowi – profesorowi Dobiesławowi Nazimkowi z Wydziału Chemii lubelskiego UMCS.

Gdybyśmy żyli w normalnym, suwerennym kraju, już od dawna miliony złotych przepływałyby z państwowej kasy na konto UMCS tytułem wsparcia kontynuacji przez prof. Nazimka jego mających szansę zrewolucjonizować Polskę i świat obiecujących badań. Jakkolwiek, sytuacja rysuje się zgoła inaczej – projekt uruchomienia procesu sztucznej fotosyntezy na szeroką skalę ponad pół roku oczekuje na odzew rządowych polityków, którzy, pochłonięci wyłącznie prywatnymi rozgrywkami, nie wykazują najmniejszego zainteresowania niewątpliwie sensacyjnym wynalazkiem profesora Nazimka. Ministerstwo Gospodarki zdecydowanie woli trwonić państwowe pieniądze na cel bezsensownego wspierania nowych technologii wypiekania kruchych ciasteczek, czy też produkcji „ekologicznych” długopisów, aniżeli finansować strategiczne dla gospodarki naszego kraju dziedziny nauki. Nie wiadomo – śmiać się, czy płakać…

Zdaje się nie ulegać wątpliwości, iż wykorzystanie wynalazku profesora Nazimka na szeroką skalę stanowiłoby dla polskiej gospodarki niewyobrażalnie potężną siłę napędową, będącą w stanie wprowadzić nasz kraj do grona najpotężniejszych państw świata. Jakkolwiek, na ile wizja ta okaże się być realna, dowiemy się dopiero wtedy, gdy Ministerstwo Gospodarki zdecyduje się przeznaczyć choć niewielką kwotę pieniędzy celem przetestowania innowacyjnej technologii na skalę szerszą, niż oferują to warunki laboratoriów UMCS, w których na co dzień pracuje profesor Nazimek. Warto zauważyć, że w kolejce do polskiego wynalazcy ustawiają się już zachodnie, w tym niemieckie i amerykańskie przedsiębiorstwa…

Prawda jest taka, że podlegli wrogim interesom obecni rządzący nigdy w swej kadencji nie dopuszczą do nawet najmniejszego wsparcia jakichkolwiek inicjatyw niosących ze sobą realną szansę uniezależnienia Polski od kosztownych dostaw obcej energii. Pomijając fakt, jak potężny cios sprawiłoby to dotychczasowym dostawcom, działania takie w niebezpiecznym dla ościennych mocarstw stopniu wzmocnić by mogły gospodarkę naszego kraju. A przecież Polska musi pozostać słaba!

W postępowaniu Ministerstwa Gospodarki wobec wynalazku prof. Nazimka dostrzec można wyrazistą analogię do niedawnych antypolskich działań obecnego rządu, mających na celu zniszczenie wspaniałej inicjatywy stworzenia w Polsce taniej i opłacalnej energetyki geotermicznej. Tego nie można wytłumaczyć głupotą rządzących, wszak głupi ludzie nigdy nie daliby rady zdobyć władzy w masowym społeczeństwie. To jest świadome czynienie krzywdy Polsce i Polakom, celowe działania na niekorzyść naszej Ojczyzny.

Published in: on 10 Sierpień 2009 at 17:49  Dodaj komentarz  

W obronie KDT

Dnia wczorajszego rozegrały się w centrum Warszawy prawdziwie dantejskie sceny, kiedy to nasłana przez komornika zgraja uzbrojonych najemników, nie przebierając w środkach, szturmem zdobyła przeznaczoną do rozbiórki umiejscowioną na placu Defilad halę Kupieckich Domów Towarowych. O tym, co działo się wczoraj w stolicy, nieustannie wrze we wszystkich polskich (i polskojęzycznych) mediach. Również i ja postanowiłem nie pozostać obojętny i wyczerpującym komentarzem odnieść się do wczorajszych wydarzeń.

Na początek, zsumujmy fakty. Znajdująca się (jeszcze) na placu Defilad hala jest własnością spółki Kupieckie Domy Towarowe. Jakkolwiek, budowla wzniesiona została na wydzierżawionym od miasta gruncie publicznym. Miasto, wobec opracowania nowych planów zagospodarowania tego terenu, postanowiło nie przedłużać kupcom umowy o dzierżawę gruntu. Umowa ta przestała obowiązywać pod koniec ubiegłego roku. Zdesperowani kupcy poczęli wnosić do władz miasta usilne prośby, aby decyzja o zrównaniu ich miejsca pracy z ziemią przesunięta została do roku 2012, kiedy to spółka KDT za własne pieniądze pobudowałaby nową halę przy ulicy Okopowej. Jakkolwiek, ratusz nie zgodził się na to rozwiązanie. Nieposiadający żadnego innego źródła utrzymania kupcy postanowili nielegalnie pozostać w swojej hali do czasu ewentualnego polubownego rozwiązania konfliktu. Nie pomogły jednak żadne mediacje ani dialogi – władze miasta usilnie trwały przy swoim stanowisku. Wreszcie, dnia wczorajszego, niepokornych kupców postanowiono wyrzucić z hali siłą i obarczyć kosztami postępowania egzekucyjnego.

Sprawa pacyfikacji KDT to kolejny (po rozprawach z kibicami i ze stoczniowcami) dobitny przykład usilnego wdrażania w życie owej „polityki miłości”, o zamiarach realizacji której tak wiele usłyszeć mogliśmy z ust prominentów Platformy anty-Obywatelskiej, słodko uśmiechających się do nas z telewizyjnego ekranu podczas kampanii wyborczej. Dzierżących biało-czerwone flagi w dłoniach protestujących kupców bez skrupułów traktowano gazem pieprzowym, okładano ich pałkami, ostrzeliwano armatkami wodnymi… Pacyfikatorzy nie zwracali najmniejszej uwagi na fakt, iż w szturmowanej hali znajdowało się wiele małych dzieci, które, korzystając z wolnego czasu wakacji, pomagały swoim rodzicom w ich codziennej, ciężkiej pracy. Oto jak w dzisiejszej Polsce traktuje się uczciwych przedsiębiorców. Władza, zamiast pomagać, woli pałować.

Należy zadać sobie pytanie – czy miasto stołeczne zyska cokolwiek na likwidacji hali KDT? Czy dbałość o estetykę miejsca, które, nota bene, i tak nigdy nie należało do reprezentacyjnych, jest sprawą na tyle istotną, aby miejski budżet pozbawiać 65 milionów złotych corocznego przychodu i dwa tysiące ludzi uczynić bezrobotnymi? Jedynymi beneficjentami zaistniałej sytuacji są wyłącznie obcy inwestorzy – właściciele wielkich centrów handlowych, którzy z dniem wczorajszym stracili prężną, niewygodną konkurencję. Wyburzenie hali KDT jest wpisane w cykl antypolskich działań mających na celu zniszczenie rodzimego drobnego handlu na rzecz dominacji monopolu zagranicznych hipermarketów. Te same motywy kierowały prezydentką Warszawy, kiedy wydała ona zgodę na zrównanie z ziemią bazaru i Hali Banacha. Abstrahuję już od kwestii olbrzymich korzyści finansowych, jakie osiągać będą zagraniczni inwestorzy wznoszący nowe budowle na oczyszczonych gruntach…

Na pocieszenie dodam, że wczorajsza akcja na placu Defilad pozbawiła Hannę Gronkiewicz-Waltz znaczącej części poparcia obywateli stołecznego miasta, co w praktyce oznaczać może utratę szans na reelekcję nieudolnej pani prezydent. I byłaby to jedyna realna korzyść, jaką Warszawa zyskałaby na likwidacji Kupieckich Domów Towarowych.

Published in: on 22 Lipiec 2009 at 17:54  Komentarze (3)  

O polityce historycznej słów kilka

W dniu dzisiejszym przypada 599. rocznica bitwy pod Grunwaldem – jednej z największych batalii w historii średniowiecznej Europy. Dnia 15 lipca 1410 roku polskie rycerstwo, wspomagane oddziałami litewskimi (a także innymi sojuszniczymi posiłkami), zwycięsko stawiło czoła potężnym wojskom Zakonu Krzyżackiego. Wygrana bitwa przyniosła długo oczekiwany początek końca niemieckiej dominacji w tej części Europy, ostatecznie ukróconej w następnym stuleciu. Jakkolwiek, nie będę dziś rozważał na tym, czego rocznicę obchodzimy dnia 15 lipca, lecz o tym, jak ją obchodzimy. A dokładniej, jak pamiątkę historycznego zwycięstwa nad Krzyżakami obchodzić będziemy za rok, kiedy to przypadnie okrągła, 600. rocznica tego wydarzenia.

Do rozważań na ten temat skłoniły mnie napotkane w prasie, intrygujące informacje, jakoby przyszłoroczną rocznicę na niespotykaną skalę planował uczcić – uwaga! – rząd Litwy. Tamtejszy parlament przyjął niedawno specjalną ustawę, która szczegółowo określa program oraz zakres działań związanych z obchodami sześćsetnej rocznicy bitwy pod Grunwaldem. Planuje się zorganizowanie licznych uroczystości, wystaw w kraju i zagranicą, międzynarodowych sesji naukowych, a także wielu różnych przedsięwzięć kulturalnych.

Niebywałe, jak wielkim sprytem potrafią się wykazać Litwini w dziedzinie przywłaszczania sobie cudzych osiągnięć, celem podniesienia swego statusu na arenie międzynarodowej i wytworzenia o sobie opinii narodu o rzekomych bogatych tradycjach historycznych. Pomijając fakt, iż mieszkańcy dzisiejszego państwa litewskiego z dawnymi Litwinami posiadają mniej więcej tyle wspólnego, co Włosi ze starożytnymi Rzymianami, litewski wkład w bitwę pod Grunwaldem nie był aż na tyle esencjonalny, aby dziś w ten sposób go eksponować. Cóż, jak widać, każdy motyw jest dobry, aby, nawet na siłę, wykreować historyczną tożsamość…

Nasuwa się pytanie – jak obchody 600. rocznicy bitwy pod Grunwaldem wyglądać będą w Polsce? Otóż wszystko wskazuje na to, iż coroczna rekonstrukcja batalii na grunwaldzkich polach będzie jedynym upamiętnieniem słynnego zwycięstwa. Nie planuje się żadnych oficjalnych obchodów ani uroczystości, nie wspominając już o konferencjach naukowych, czy też wystawach. Rządzący wykazują kompletny brak zainteresowania w tej dziedzinie. Wychodzi na to, że już prędzej potomkowie Wołochów i Tatarów, którzy również po zwycięskiej stronie bili się pod Grunwaldem, zorganizują obchody upamiętniające rzeczoną rocznicę, niż rząd polski kiwnie palcem w sprawie uczczenia chwalebnej karty polskiej historii.

Polityka historyczna – mianem tym zwykło się określać ogół działań podejmowanych przez rząd oraz różne wpływowe środowiska, służących osiągnięciu pewnych celów przy pomocy czczenia pamięci określonych wydarzeń historycznych. Sztukę tę do perfekcji opanowali Żydzi, dla których masowe i nachalne upamiętnianie holokaustu stało się pomocą w legitymizowaniu ich uprzywilejowanej pozycji we współczującym im świecie. Swoistą politykę historyczną prowadzą również Niemcy, którzy za wszelką cenę starają się zmyć z siebie winę tragedii drugiej wojny światowej, a odpowiedzialność za nią najchętniej przerzucają na inne narody, głównie Polaków. W Rosji coraz intensywniej rozwija się inspirowany odgórnie kult Armii Czerwonej. Ukraińcy natomiast na masową skalę upamiętniają zbrodnicze upowskie bojówki, będące de facto jedynymi, do których odwoływać się mogą oni w swej niewiarygodnie ubogiej tradycji historycznej.

Realizacja polityki historycznej odbywać się może na różnych płaszczyznach – przy pomocy oficjalnych obchodów państwowych, odpowiedniej edukacji młodzieży, czy też upamiętniania historii we wszelkich możliwych aspektach życia publicznego, a przede wszystkim w sferze kulturalnej. W tym ostatnim względzie najpopularniejszym narzędziem stały się ostatnio filmy. Nafaszerowany Żydami Hollywood wyprodukował niezliczoną ilość superprodukcji poświęconych tematyce holokaustu, a ostatnio światło dzienne ujrzał film, w którym bez skrupułów przefarbowuje się żydowskich wojennych zbrodniarzy (casus niedawnej produkcji poświęconej, fikcyjnym de facto, losom braciach Bielskich). Niemcy, zachwyceni niezwykłą popularnością filmu o nieszczęśliwym wujku Hitlerze, stworzyli w ostatnich miesiącach produkcję, w której fanatyczny nazista, chciwie pożądający schedy po swym nieudolnym, nota bene, wodzu, przedstawiony zostaje jako „antyfaszystowski” opozycjonista wobec totalitarnego reżimu… Przykładów tego typu filmów, pochodzących z całego świata i reprezentujących interesy różnych narodów, można by długo wyliczać. Jedynie Polska zdaje się w zupełności nie być zainteresowana upamiętnianiem swej historii w popularny i przystępny dla całego świata sposób. Na dobrą sprawę, w żaden sposób.

Jesteśmy narodem, który pochwalić się może bogatą, ponad tysiącletnią tradycją historyczną. Tradycją, obfitującą zarówno w okresy chwały, jak i cierpienia. Nasza ziemia wydała na świat niezliczone rzesze wspaniałych, wielkich ludzi, którzy wybitnie przysłużyli się zarówno dla swej Ojczyzny, jak i dla świata. Przez stulecia byliśmy potęgą, przed którą drżały ościenne państwa, a z naszych osiągnięć cywilizacyjnych i kulturalnych czerpała cała Europa. Niemało też i wycierpieliśmy z rąk naszych wrogów, w szczególności podczas ostatniej, najtragiczniejszej w dziejach świata wojny. Kult naszej martyrologii mógłby na łeb i na szyję pobić serwowaną nam przez Żydów religię holokaustu.

Dzięki swej historii Polacy bez trudu stać by się mogli narodem powszechnie poważanym i szanowanym przez międzynarodową opinię. Jakkolwiek, nieudolne polskie władze nie czynią w tym kierunku najmniejszych starań – albo na skutek kompletnej ignorancji i braku jakichkolwiek umiejętności politycznych, albo w myśl szeroko zakrojonej zdradzieckiej, antypolskiej działalności. Na chwilę obecną nawet sami Polacy nie są do końca świadomi zawartości wszystkich najistotniejszych kart z dziejów swego narodu. Nie wspominając już o świecie, który, jeżeli cokolwiek o Polakach wie, to niewiele więcej niż tyle, iż podczas wojny zakładali obozy pracy dla Żydów…

Jeśli rządzący nie zaczną się wreszcie w należyty sposób troszczyć o upamiętnianie bogatych dziejów Narodu Polskiego, daremnym stanie się cały trud wszystkich naszych przodków, którzy nie po to w pocie czoła, przelewając morze krwi przez stulecia tworzyli polską historię, aby dzisiaj została ona zapomniana.

Published in: on 15 Lipiec 2009 at 9:49  Komentarze (1)  

66. rocznica “krwawej niedzieli”

Dnia jutrzejszego przypada kolejna, 66. rocznica jednego z najstraszniejszych epizodów martyrologii Narodu Polskiego podczas drugiej wojny światowej – tzw. „krwawej niedzieli”, czyli apogeum wołyńskiego ludobójstwa, dokonanego przez Ukraińców na zamieszkujących tamte ziemie Polakach. 11 lipca 1943 roku, podczas masowej, skoordynowanej antypolskiej akcji, upowscy siepacze, z okrzykiem „Smiert Lachom!” na ustach, w niewyobrażalnie okrutny sposób bestialsko wymordowali ponad 10 tysięcy Polaków, doszczętnie niszcząc przy tym i rozgrabiając setki polskich osiedli.

Nie bez powodu akcję tę przeprowadzono w niedzielę – tego dnia cała ludność atakowanych miejscowości zgromadzona była w lokalnych kościołach na niedzielnej mszy świętej. Likwidowało to konieczność opracowywania jakiejkolwiek taktyki… Z zaatakowanej świątyni zazwyczaj nikt nie wychodził żywy. Niewielu również miało to szczęście, aby zginąć od karabinowej kuli. Polaków na ogół zarzynano siekierami, widłami, kosami lub innymi narzędziami gospodarczymi, przecinano ich piłami do drewna, obdzierano ze skóry i rwano końmi. Ofiarom odcinano fragmenty ciała, nabijano je na pale, wrzucano do studni, palono żywcem… W cywilizowanym języku braknie słów do opisania potwornego okrucieństwa, jakim kierowali się ukraińscy bandyci. Nie szczędzono nikogo – taki sam los spotykał mężczyzn, jak i kobiety, dzieci i starców. Im bardziej ofiara była bezbronna, w tym bardziej barbarzyński sposób ją zabijano. Szacuje się, iż podczas całego, trwającego w latach 1939-1945 ludobójstwa, Ukraińcy wymordowali w ten sposób ponad 150 tysięcy Polaków.

Od mrocznego wspomnienia o wiele bardziej przygnębiająca jest świadomość, iż opisane ludobójstwo, pomimo faktu, iż pochłonęło aż tyle niewinnych ofiar, osnute jest dziś gęstą mgłą niepamięci. O Rzezi Wołyńskiej nie uczy się młodzieży w szkołach, nie mówi się o niej w mediach, a ku czci jej ofiar nie stawia się żadnych pomników. W dzisiejszej, zdawałoby się, wolnej Polsce niemalże nikt nie zdaje sobie sprawy z ogromu ofiar, jakie pochłonęła realizacja zbrodniczej ideologii ukraińskiego nacjonalizmu. Rocznice związane z rzeczonym ludobójstwem nigdy nie doczekały się żadnych oficjalnych obchodów państwowych, a również i na szczeblu dyplomatycznym Rzeź Wołyńska okryta pozostaje zmową milczenia. Rząd polski nie czyni żadnych starań mających na celu godne uczczenie ofiar Rzezi i w najmniejszym stopniu nie reaguje, gdy na Ukrainie powszechnie gloryfikuje się autorów tego ludobójstwa.

Smutne, że w dzisiejszych czasach coraz większą popularnością cieszy się haniebna tendencja przemilczania ogromu cierpień, jakich Polacy doznali podczas drugiej wojny światowej (przy jednoczesnym wyolbrzymianiu martyrologii np. Żydów). Przy okazji rocznicy „krwawej niedzieli” należy zadać sobie pytanie, na ile męki Narodu Polskiego obecne są pamięci dzisiejszych jego przedstawicieli? I na ile pamięta o nich świat? Tylko i wyłącznie w naszym interesie leży podtrzymywanie pamięci o cierpieniach naszych przodków. Jeżeli sami się o to nie zatroszczymy, nie zatroszczy się o to nikt. Krew tych, których przed laty pomordowano, woła do nas dzisiaj, abyśmy nie zaniedbali tego obowiązku.

Published in: on 10 Lipiec 2009 at 16:29  Komentarze (1)  

Platforma przeciwko tradycji

Platforma Obywatelska, partia określająca samą siebie mianem „chadeckiej”, dnia wczorajszego po raz kolejny udowodniła, że, wbrew powszechnie głoszonym deklaracjom, w kwestii poszanowania tradycji katolickiej niewiele ma do powiedzenia. Rządzące ugrupowanie, trwając w nieformalnym sojuszu z postkomunistycznym SLD, odrzuciło wczoraj w Sejmie sygnowany przez ponad milion obywateli wniosek o ustanowienie uroczystości Objawienia Pańskiego (popularnie zwanej świętem Trzech Króli) dniem wolnym od pracy. Owa inicjatywa obywatelska, z nadzieją złożona na ręce marszałka Sejmu, została bezwzględnie odrzucona już w pierwszym czytaniu.

Przypadające 6 stycznia święto Trzech Króli jest jedną z najważniejszych uroczystości kościelnych w całym roku liturgicznym i ze względu na swą rangę od wieków obchodzone było w Polsce jako dzień wolny od pracy. Jednakże w roku 1960, ustawą sejmu PRL, dalsze godne przeżywanie tej uroczystości zostało Polakom uniemożliwione – zgodnie z komunistyczną polityką laicyzacji społeczeństwa, święto Trzech Króli zdegradowane zostało do rangi dnia powszedniego. Ów stan rzeczy, pomimo wielokrotnych apelów Episkopatu Polski, trwa aż po dzień dzisiejszy. Cieszący się olbrzymim poparciem społecznym projekt ustawy, która na nowo wpisałaby święto Trzech Króli na listę dni wolnych od pracy, na przestrzeni ostatnich kilku miesięcy dwukrotnie skierowany został do Sejmu. W obydwu przypadkach inicjatywa skazana została na porażkę.

Przeciwnicy ustanowienia święta Trzech Króli dniem wolnym od pracy swoje stanowisko motywują względami gospodarczymi – jeden dodatkowy dzień odpoczynku w roku miałby podobno w znaczący sposób negatywnie wpłynąć na rozwój gospodarczy naszego kraju. Nie trzeba być ekonomistą, aby tego typu prognozy traktować w mało poważny sposób (gwoli przypomnienia – kiedy przed laty wprowadzono w Polsce wolne soboty, gospodarka, na przekór wszelkim fatalistycznym przepowiedniom, nadal funkcjonowała poprawnie). Ale to nie wszystko. Jeśli 6 stycznia Polacy nie poszliby do pracy, „każda osoba zarobiłaby o blisko 150 zł mniej w wymiarze rocznym” – straszy Arkadiusz Rybicki, poseł PO. Dziękujemy, Platformo! Co my byśmy ze sobą poczęli, gdyby nie ta troska rządzących o zawartość naszych portfeli?… Jakkolwiek, posłom PO proponowałbym zatroszczyć się również o swoje własne sumienia.

Działania ludzi, którzy po raz kolejny doprowadzili do odrzucenia rzeczonego projektu ustawy, wymierzone są przeciwko panującej w naszym kraju od wieków tradycji i służyć mają postępującej laicyzacji polskiego społeczeństwa. Cała sytuacja smuci mnie tym bardziej, iż osobiście zaangażowałem się w zbieranie podpisów. Jakkolwiek, trud wszystkich osób, które zdecydowały się wspomóc obywatelski projekt ustawy, nie poszedł na marne. Za niewątpliwy sukces uznać można fakt, że udało się w naszym kraju stworzyć inicjatywę, której pisemnego poparcia udzieliło ponad milion obywateli. Świadczy to wyłącznie o tym, że Naród Polski, w obronie swoich interesów, nadal jest w stanie przemawiać jednym, zdecydowanym głosem. I oby ten głos słychać było jak najczęściej!

Published in: on 2 Lipiec 2009 at 21:40  Komentarze (3)  

Tuskowe rozgrywki z prezydenturą w tle

Im bliżej do wyborów prezydenckich, tym częściej w mediach da się słyszeć przeróżne spekulacje dotyczące kwestii, kogóż to premier Tusk namaścić postanowi na swojego następcę, w razie gdy, nie daj Boże!, zostanie prezydentem. Aby ułatwić premierowi tę decyzję, łasi na zaszczyty i posady czołowi politycy Platformy Obywatelskiej od dłuższego czasu nieustannie starają się przedstawić jak najwyraźniejsze dowody swej wiernopoddańczej lojalności i posłuszeństwa szefowi.

Jakkolwiek, Tusk postanowił swoim podwładnym zagrać na nosie – nad łaskawością zwyciężyła w nim obawa przed utratą swej dominującej pozycji w PO. Premier oświadczył, iż, wbrew powszechnemu zwyczajowi, nie wystąpi z partii w razie zdobycia przez siebie prezydenckiego fotela. Co więcej, również i zwolniona posada premiera nie przypadłaby żadnemu z polityków z otoczenia Tuska. Wczorajszy „Nasz Dziennik”, opierając się na wiarygodnych źródłach, donosi, iż funkcję tę otrzymać miałby były premier, Jan Krzysztof Bielecki (główny nadzorujący zbrodniczą „transformację” gospodarczą). Wychodzi na to, że w najbliższym czasie spodziewać się możemy nasilonych zabiegów o uzyskanie tuskowego zaufania ze strony osób z kierownictwa PO…

Nierozwiązana pozostaje jeszcze kwestia zastępcy na stanowisku… prezydenta. Ótóż to. Co, jeśli obecny rząd skompromituje się do tego stopnia, że społeczeństwo przejrzy wreszcie na oczy i nikt spoza „żelaznego elektoratu” nie będzie chciał głosować na Tuska? Wszystko wskazuje na to, iż w kwestii tej rolę swoistego „koła zapasowego” pełnić ma były premier, eurodeputowany Jerze Buzek – osoba na wiele lat w Polsce zapomniana, a przed trzema miesiącami wyciągnięta przez PO na światło dzienne niczym królik z kapelusza. Jerzy Buzek, jak to zazwyczaj bywa z „odkurzonymi” politykami, cieszy się niezwykle wysokim poparciem społecznym oraz powszechną opinią osoby „niezależnej”. Do tego nieustannie kreowany jest w mediach na swoistego męża stanu i światowego polityka. Nie ma podstaw by przypuszczać, iż Jerzy Buzek nie byłby w stanie wygrać najbliższych wyborów prezydenckich. Tym bardziej, jeśli startować w nich będzie jako przewodniczący Parlamentu Europejskiego.

Ta niemalże spiskowa teoria zdaje się najtrafniej tłumaczyć zasadność promocji Buzka jako kandydata na stanowisko szefa europarlamentu, gdyż działania te z pewnością nie są kierowane troską o dobro naszego kraju. Wszak objęcie przez Buzka rzeczonego urzędu odbyłoby się kosztem utraty przez Polskę stanowiska ważnego unijnego komisarza, a co za tym idzie, osłabieniem naszego wpływu na politykę UE. Funkcja przewodniczącego Parlamentu Europejskiego jest funkcją wyłącznie prestiżową i objęcie jej przez polskiego polityka nie niosłoby ze sobą żadnych konkretnych korzyści dla Polski (co nie zmienia faktu, że Polacy byliby z tego zadowoleni). W razie ewentualnego „powodzenia” zarówno wzrosłoby poparcie dla Tuska, któremu udałoby się osiągnąć ten jakże niebywały dyplomatyczny sukces, jak i Jerzy Buzek stałby się w Polsce najpopularniejszym rodzimym politykiem.

Czas pokaże, czy nakreślone przeze mnie scenariusze okażą się być słuszne. Na chwilę obecną nie pozostaje nam nic innego, jak mieć nadzieję, że obecni rządzący, zamiast troszczyć się o zachowanie ciągłości swej, nota bene, nieudolnej władzy, choć trochę zadbają o dobro kraju, którego losy powierzyli im wyborcy. Jakkolwiek, złudną zdaje się być ta nadzieja…

Published in: on 19 Czerwiec 2009 at 11:15  Dodaj komentarz  
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.